poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Kolejny Post Próbny

0 komentarze
 

Rok 2222. Błękitną planetę trawią najprzeróżniejsze kataklizmy. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami, trąby powietrzne i ataki ze strony kosmosu zrównują z ziemią największe miasta na świecie pozbawiając domów miliardów ludzi – tylu samo zabijając. Największe potęgi na Ziemi upadły, a chaos spowodował rozpad wszystkiego. Nie istnieją już kraje, nie istnieją granice, nie istnieje rząd ani prawo – każdy działa na własną rękę i robi co może, by przeżyć.   

W takim świecie mieszka piętnastoletni Damian, który urodził się w 2207 roku – pamiętnym dla całego świata roku, w którym nadeszła jedna z największych katastrof w dziejach – kometa niespodziewanie uderzyła w naszą planetę, dokładniej w park Yellowstone, co obudziło największy wulkan na świecie; po jego erupcji świat przestał tak naprawdę istnieć. Wypadek pociągnął również za sobą inne tragedie, które trwają już kilkanaście lat. Ziemia się rozpada.

Damian nie widział nigdy prawdziwego świata. Mimo, że zna historię, nie potrafi wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać Błękitna Planeta, gdy kontynenty podzielone były na kraje, w każdym z nich rządzili wybrani ludzie a mieszkańcy płacili podatki, biorąc pieniądze z pracy obok teleskopów, megakomputerów, o pamięci tak wielkiej, że nie wymyślono nazwy na takową liczbę lub w zwyczajnych sklepach w chmurach. Przy ognisku w bezpiecznych pieczarach w Tatrach, słyszał, że jego brat, wjeżdżając windą do sklepu, położonego na przezroczystej platformie dwa kilometry nad ziemią, na własne oczy widział jak meteoryt uderza w Wrocław, który już po chwili przestał istnieć. Fala uderzeniowa doszła do niego po kilkunastu sekundach. Zdążył wysłać SMSa z pożegnaniem. Nie znaleziono nawet jego ciała.

Damian jest teraz zmuszony uciekać z miejsca, które niegdyś było Polską. Gdy jego rodzice zginęli w zawalającej się jaskini, został sierotą oraz... jedynym człowiekiem w pobliżu. Ma mapę, jest ona niesamowicie stara. Jego matka opowiadała mu, że pochodzi z czasów, kiedy wynaleziono takie rzeczy jak Internet, telefon czy laptop. Jego rodzicielka nie znała dokładnej daty powstania tych przedmiotów (które w 2207 były tak potrzebne jak woda pitna i tak rozbudowane jak sieć kolei międzykontynentalnych pędzących choćby z Wrocławia do Nowego Jorku w 5 godzin), jednakże na mapie widniał rok 2012.

Damian nigdy nie sądził, że taka data mogła w ogóle istnieć. Zastanawiał się jak ludzie mogli żyć bez wbudowanego do dłoni telefonu i sygnału GPS w prawym ramieniu. Nie wyobrażał sobie życia bez butów, które pozwalały oderwać się od ziemi na 5 metrów oraz życia bez phonta, zaawansowanego urządzenia wielofunkcyjnego. Teraz jednak nie ma niczego. Tylko ubrania i zwyczajnie trampki. Zastanawia się czy właśnie tak żyło się w 2012 roku – w jaskiniach, w obdartych ubraniach, jeżdżąc prawie prehistorycznymi autami z czterema kółkami na benzynę, o której nie słyszano już sto lat...

Readmore...

Witajcie!

0 komentarze
 

Hej. Oto mój nowy blog. Jest to post próbny, aby sprawdzić jak tekst wpasowuje się w mój nowy szablon. Aby było dużo tekstu i obrazki, dodam opowiadanie mojego przyjaciela!



- Nie martw się. Jesteśmy z Tobą na zawsze, nie ważne co się dzieje. Gdy to wszystko się zakończy, na zawsze będziemy razem.

  Podnoszę się gwałtownie i ocieram spocone czoło. Znów ten sen. Ten sam co noc. Czy to prawda? Czy matka próbuje mi powiedzieć coś gdy śpię? Nie wiem. I tak dziś już nie zasnę. Spoglądam na zegarek. To moja jedyna pamiątka po ojcu. Jego czarna, okrągła tarcza błyszczy się w świetle wschodzącego słońca. Metalowy, srebrny pasek zwisa luźno na mojej chudej ręce. Szósta. Czas ruszać. W sumie… sam nie wiem gdzie iść. Idę po prostu przed siebie, w stronę Francji, Hiszpanii. Są to kraje najmniej dotknięte przez kataklizmy. Sam nie wiem czemu. Słyszałem od niektórych przechodniów, że w Madrycie działa jeszcze metro. Byłoby to niesamowite przeżycie, wsiąść w podziemny pociąg i ruszyć z niewyobrażalną prędkością pod oceanem, w stronę Los Angeles. Postanawiam, że to będzie mój cel wędrówki. Może tam kogoś spotkam. Teraz, gdy widzę jakiegokolwiek człowieka, witam się bardzo serdecznie i zawsze razem rozpalamy ognisko świętując. W Europie nie ma już ludzi a na świecie pozostało nas kilka milionów. Wiele z naszej rasy uciekło na inne planety, inni znaleźli schronienie u przyjaciół w innych układach planetarnych. Większość z nas jednak zginęła w kataklizmach na Ziemi. Nie cierpię całego Wszechświata. Nikt nie ruszył nam na ratunek. Agmontowie czaili się na nasze i tak kończące się surowce. Tak bardzo nas lubili. Ale gdy Ziemia prawie przestała istnieć, odwrócili się od nas i ruszyli podlizywać się komu innemu. Samolubne potwory.

  Zerkam powoli w niebo. Na zdjęciach było ono błękitne, czasem z cudownymi, białymi puchami – chyba chmurami, jeśli dobrze pamiętam. Dziś, jest to żółta plama, zasłonięta szarymi, trującymi oparami. Ciężko mi się oddycha ale jestem do tego przyzwyczajony. Opuszczam lekko głowę. Wokół mnie leżą powalone, spalone drzewa. Jałowa ziemia, na której nie ma ani źdźbła trawy, ani jednego kwiatka, które niegdyś widziałem w Tatrach. Pamiętam, że w jaskini, gdzie zginęli rodzice rosła piękna, czerwona róża. Takie rośliny już nie istnieją. Symbol piękna… radości… Gdzie? Na spalonej, pustej ziemi? Skąd w ogóle mam wiedzieć, że nie chodzę w kółko – wszędzie widok jest ten sam. Odwracam się szybko. W ziemi widzę lekko zarysowane ślady stóp. Mam nadzieję, że są moje. Znaczyłoby to, że nie zboczyłem z drogi.

Readmore...