Hej. Oto mój nowy blog. Jest to post próbny, aby sprawdzić jak tekst wpasowuje się w mój nowy szablon. Aby było dużo tekstu i obrazki, dodam opowiadanie mojego przyjaciela!
Podnoszę się gwałtownie i ocieram spocone czoło. Znów ten sen. Ten sam co noc. Czy to prawda? Czy matka próbuje mi powiedzieć coś gdy śpię? Nie wiem. I tak dziś już nie zasnę. Spoglądam na zegarek. To moja jedyna pamiątka po ojcu. Jego czarna, okrągła tarcza błyszczy się w świetle wschodzącego słońca. Metalowy, srebrny pasek zwisa luźno na mojej chudej ręce. Szósta. Czas ruszać. W sumie… sam nie wiem gdzie iść. Idę po prostu przed siebie, w stronę Francji, Hiszpanii. Są to kraje najmniej dotknięte przez kataklizmy. Sam nie wiem czemu. Słyszałem od niektórych przechodniów, że w Madrycie działa jeszcze metro. Byłoby to niesamowite przeżycie, wsiąść w podziemny pociąg i ruszyć z niewyobrażalną prędkością pod oceanem, w stronę Los Angeles. Postanawiam, że to będzie mój cel wędrówki. Może tam kogoś spotkam. Teraz, gdy widzę jakiegokolwiek człowieka, witam się bardzo serdecznie i zawsze razem rozpalamy ognisko świętując. W Europie nie ma już ludzi a na świecie pozostało nas kilka milionów. Wiele z naszej rasy uciekło na inne planety, inni znaleźli schronienie u przyjaciół w innych układach planetarnych. Większość z nas jednak zginęła w kataklizmach na Ziemi. Nie cierpię całego Wszechświata. Nikt nie ruszył nam na ratunek. Agmontowie czaili się na nasze i tak kończące się surowce. Tak bardzo nas lubili. Ale gdy Ziemia prawie przestała istnieć, odwrócili się od nas i ruszyli podlizywać się komu innemu. Samolubne potwory.
Zerkam powoli w niebo. Na zdjęciach było ono błękitne, czasem z cudownymi, białymi puchami – chyba chmurami, jeśli dobrze pamiętam. Dziś, jest to żółta plama, zasłonięta szarymi, trującymi oparami. Ciężko mi się oddycha ale jestem do tego przyzwyczajony. Opuszczam lekko głowę. Wokół mnie leżą powalone, spalone drzewa. Jałowa ziemia, na której nie ma ani źdźbła trawy, ani jednego kwiatka, które niegdyś widziałem w Tatrach. Pamiętam, że w jaskini, gdzie zginęli rodzice rosła piękna, czerwona róża. Takie rośliny już nie istnieją. Symbol piękna… radości… Gdzie? Na spalonej, pustej ziemi? Skąd w ogóle mam wiedzieć, że nie chodzę w kółko – wszędzie widok jest ten sam. Odwracam się szybko. W ziemi widzę lekko zarysowane ślady stóp. Mam nadzieję, że są moje. Znaczyłoby to, że nie zboczyłem z drogi.
Idę dalej. Postanowiłem, że jeszcze raz powtórzę, kim jestem – nie chciałbym zapomnieć swojej tożsamości. Nazywam się Damian. Mam piętnaście lat i pochodzę z Wrocławia, jednego z największych miast na świecie, w byłej Rzeczpospolitej Polsce – największego europejskiego kraju, dowodzącego Unią Europejską, która przetrwała dzięki wytrwałości polskiego narodu… Czy ja sam w to wierzę? Polska… kraj z rządem, który na widok pogarszającej się sytuacji na świecie podkulił ogon, zwiał z planety i zostawił społeczność samą sobie. Nie cierpię ich z całego serca. Cóż za kraj… cóż za rządzący. Wiele innych premierów kraju zostało by umrzeć z mieszkańcami. Moim zdaniem to więcej niż honor, to obowiązek. Widać… byli zbyt zadufani w sobie. Posmutniałem.
Subscribe to email feed



